Kim jestem i dlaczego piszę
Nazywam się Beata. Pracuję w szpitalu i jestem w trakcie studiów pielęgniarskich.
Ten blog powstał z potrzeby serca. Życie pokazało mi, że nie wszystko da się zaplanować - czasem trzeba po prostu iść dalej i odnaleźć się w tym, co jest.
„Pisane życiem” to miejsce, gdzie chcę być sobą. Bez udawania, bez idealizowania.
Będę pisać o codzienności, pracy, emocjach i o tym, co prawdziwe. O tym, co czasem trudne, ale też o małych rzeczach, które dają siłę.

Praca i kariera: ścieżki i rozdroża
Praca nie była dla mnie prostą drogą.
Nie wszystko układało się tak, jak planowałam.
Były momenty zwątpienia, zmęczenia i pytania: „czy dam radę ?.
Ale za każdym razem wstawałam i szłam dalej.
Zaczynałam od małych kroków.
Od decyzji, które nie zawsze były łatwe, ale były moje.
Dziś pracuję w szpitalu i uczę się dalej.
Rozwijam się, zmieniam i nie zatrzymuję się.
Bo wiem jedno –
nie trzeba mieć idealnej drogi, żeby dojść tam, gdzie się chce.
Mimo obowiązków nadal staram się mieć w sobie trochę uśmiechu i zwykłej radości z małych rzeczy.
Nie ukrywam – bywają też dni, kiedy człowiek jedzie na praktyki zaspany i zastanawia się, czy kawa jeszcze działa 😄
A czasem wracam zmęczona do domu, a pod drzwiami czeka paczka z SHEIN i humor od razu wraca .
Nauka i rozwój: zawsze w drodze
Są dni, kiedy wracam zmęczona z pracy
i naprawdę nie mam siły otworzyć książki.
A jednak siadam.
Choćby na chwilę.
Uczę się między obowiązkami, między zmęczeniem,
między jednym dniem a drugim.
Nie zawsze jest idealnie.
Czasem coś zapomnę, czasem czegoś nie rozumiem.
Ale nie poddaję się.
Bo wiem, po co to robię.
Dla siebie.
Dla ludzi, którym pomagam każdego dnia.
I może idę wolniej niż inni…
ale idę naprawdę.
To jest moja codzienność.
Kartki, notatki, książki… i ja gdzieś pomiędzy tym wszystkim.
Nie jest idealnie.
Ale jest prawdziwie.
I to mi wystarcza.
Dopiero na pierwszym roku studiów zrozumiałam, że matura była tylko małą rozgrzewką.
Wtedy wydawała mi się ogromnym wyzwaniem.
Dziś wiem, że prawdziwy maraton dopiero się zaczynał.
Pierwszy rok studiów po maturze był dla mnie bardzo ciężki.
Nowe przedmioty, ogrom materiału, zaliczenia, kolokwia, testy i ciągłe zmęczenie.
Anatomia, fizjologia, genetyka, biochemia, mikrobiologia, farmakologia…
Momentami miałam wrażenie, że wszystko dzieje się naraz.
Anatomię poprawiałam, ale ostatecznie zaliczyłam ją na 4.5
Genetykę również poprawiałam i także zakończyłam z oceną 4.
Biochemia też nie przyszła łatwo. Tam również była poprawka, ale zdałam na 4.
Dziś nie wstydzę się o tym mówić.
Bo studia medyczne uczą mnie jednego – nie trzeba być idealnym.
Trzeba mieć siłę, żeby mimo zmęczenia i stresu dalej próbować.
Tak naprawdę większość materiału musiałam rozkładać sobie na pierwsze czynniki.
Uczyłam się powoli, krok po kroku – dokładnie tak, jak kiedyś tłumaczyła mi Pani Ewa, nauczycielka matematyki z Edu&You.
Nie jestem osobą, która wszystko zapamiętuje od razu.
Potrzebuję zrozumieć materiał po swojemu.
Pamiętam swoją pierwszą samodzielną prezentację z genetyki o fenyloketonurii.
Dziś brzmi to zwyczajnie, ale wtedy był to dla mnie ogromny stres. wcześniej nawet nie słyszałam o tej chorobie, a dodatkowo była to moja pierwsza w życiu prezentacja przed grupą.
Problemem były też bardzo krótkie terminy. Często miałam poczucie, że jestem jeszcze „w lesie”, a już zbliżało się kolejne zaliczenie czy kolokwium.
Uczyłam się nocami nawet do 3 rano, a w ciągu dnia wykorzystywałam każdą wolną chwilę na naukę.
Jednocześnie były też inne obowiązki, szczególnie opieka nad niepełnosprawnym mężem, który w tamtym okresie często był hospitalizowany.
Momentami było naprawdę bardzo ciężko.
Do tego referaty z fizjologii i patofizjologii, kolejne testy, ćwiczenia, laboratoria i pierwsze praktyki.
Żeby utrzymać frekwencję, trzeba było być na uczelni praktycznie cały weekend – od piątku do niedzieli, od 8:00 rano do 20:40.
Kupowałam też książki przez internet, bo zawsze lepiej uczyło mi się z tradycyjnych książek niż z materiałów elektronicznych.
Lubię zaznaczać, wracać do stron i czytać spokojnie po swojemu.
Byłam bardzo zmęczona.
Ale jednocześnie czułam, że robię coś ważnego dla siebie.
I chyba właśnie wtedy zaczęłam naprawdę wierzyć, że dam radę.
Jeszcze niedawno przygotowywałam się do matury po latach.
W poniedziałek dostałam zaproszenie na spotkanie w TVP „Pytanie na śniadanie” jako jedna z absolwentek Edu&You.
Nie pojadę , bo w czwartek mam dyżur w pracy..
Wygra codzienność.
Ale i tak pomyślałam sobie:
daleko zaszłam.
Na drugim roku zaczynałam powoli czuć, że te wszystkie puzzle zaczynają się układać.
To, co wcześniej wydawało mi się całkowicie obce i trudne, zaczyna mieć sens.
Nie muszę już wszystkiego rozkładać na pierwsze czynniki tak jak na początku.
Coraz więcej rzeczy zaczynam rozumieć intuicyjnie i łączyć teorię z praktyką.
Nauki nadal jest bardzo dużo i wcale nie zrobiło się łatwo.
Pojawiają się nowe przedmioty – interna, pediatria, chirurgia, radiologia, opieka paliatywna, POZ, dietetyka czy rehabilitacja – i kolejne podręczniki pełne wiedzy.
Jest też coraz więcej praktyk klinicznych i praktyk zawodowych.
Mniej samej teorii, a więcej prawdziwego kontaktu z pacjentem.
Pomału zaczynam poznawać ten świat także od strony zaplecza medycznego.
Coraz więcej rzeczy rozumiem już nie tylko z książek, ale z praktyki i codziennej pracy z ludźmi i kontaktu z pacjentami.
Zmieniło się jednak coś ważnego – zaczynam wierzyć, że naprawdę odnajduję się w tym świecie.
I chyba pierwszy raz od dawna czuję, że mimo zmęczenia jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.

Trudniejsze chwile
Są też trudniejsze chwile. Nie tylko nauka męczy.
Czasem bardziej bolą słowa ludzi niż zmęczenie po dyżurze.
W pracy spotykam różne charaktery. Nie zawsze jest współpraca, wsparcie i szczerość.
Po latach pracy człowiek zaczyna widzieć, że w medycynie nie chodzi tylko o wykonanie czynności. Można zrobić wszystko szybko, mechanicznie, a zapomnieć, że po drugiej stronie leży człowiek – starszy, obolały, często bezbronny.
Czasem wystarczy spokojniejszy ruch, cierpliwość albo zwykłe pytanie: ,, Czy boli? " Dla pacjenta to naprawdę ma znaczenie.
Bywają też momenty, kiedy człowiek wraca do domu i zastanawia się, czy naprawdę robi wszystko źle.
A potem przychodzi kolejny dzień.
I znowu zakładam uniform.
Bo mimo wszystko nadal wierzę, że w tym zawodzie najważniejsze jest serce do ludzi.
W pracy człowiek zauważa małe rzeczy.
Jednemu wystarczy zwykłe „dzień dobry”, spokojny ton albo okrycie kocem.
A drugiemu nawet tego brakuje.
Lubię szacunek.
W pracy z ludźmi to jedna z najważniejszych rzeczy.
Szczególnie w szpitalu, gdzie wszystko działa zespołowo.
Nawet najlepsza organizacja nie zastąpi normalnego podejścia człowieka do człowieka.
Po latach pracy widzę jedno –
człowiek chory pamięta nie tylko leki i zabiegi.
Pamięta też ton głosu, cierpliwość i zwykłą ludzką obecność.

Codzienność, która coś we mnie zmienia
Dni potrafią wyglądać tak samo. Praca, obowiązki, szybka kawa, zmęczenie. Czasem człowiek ma wrażenie, że wszystko jest takie… powtarzalne.
Ale jak się zatrzymam na chwilę, to widzę coś więcej.
Uśmiech drugiej osoby. Krótka rozmowa, która poprawia humor. Moment ciszy, który daje spokój.
Niby nic wielkiego. A jednak coś zmienia.
Zaczynam widzieć, że to właśnie te małe rzeczy tworzą dzień. Nie jakieś wielkie wydarzenia.
Zwykły dzień… wcale nie jest taki zwykły.

Zmiany: nowe początki
Nie planowałam wszystkiego od początku do końca.
Życie trochę napisało do za mnie.
Zmieniłam kierunek.
zaczynam studia.
wracam do nauki, kiedy inni już dawno byli „po”.
Nie było łatwo.
Nowe miejsce, nowe wymagania, dużo bezpieczeństwa.
Praca, dyżury, obowiązki…
i gdzieś pomiędzy tym wszystkim — ja, która nie chciała się pojawić.
Były momenty zwątpienia.
Ale były też takie, kiedy dostępne, że idę w dobrą stronę.
Dziś wiem, że zmiana nie musi być idealna.
Wystarczy, że jest prawdziwa.

Po 50 też można zacząć od nowa. Nigdy nie jest za późno.
Po 50 człowiek, czasem myśli, że na wiele rzeczy jest już za późno.
A ja coraz częściej widzę, że to nieprawda.
Można prowadzić naukę.
Można zmienić kierunek.
Można wrócić do marzenia, które kiedyś zostały odłożone.
Nie zawsze jest łatwo.
Czasem jest zmęczenie, strach i pytanie: „czy dam radę?”
Ale jeśli serce mówi, że warto, trzeba iść dalej.
Dzisiaj wiem, że życie nie kończy się po 50 😉. Czasem właśnie wtedy człowiek zaczyna naprawdę żyć po swojemu. Nie chodzi o to, żeby zacząć idealnie. Czasem wystarczy po prostu odważyć się zrobić pierwszy krok.
Może znajdziesz tu kawałek siebie
Jeśli coś tu do Ciebie trafi — zostań na chwilę.